JESIENNA MENOPAUZA

In Życie Po Babsku by Basia3 Comments

Wrzesień ruszył jak zawsze z kopyta. Nauczycielka, która we mnie wrosła, czuła to już przez skórę, gdy błogie sierpniowe lenistwo jeszcze dopieszczało moje zmysły, ale wieczory coraz dłuższe i bardziej zachłanne przypominały, że już za chwileczkę trzeba będzie zrzucić szorty i szmaciane klapki.

I przyszedł on. Bezlitosny od dzwonka budzika i chłodu, który co rano wkrada się do sypialni przez uchylone okno. Pogubiony, bo znów trzeba nauczyć się nowej rutyny, która przecież każdego roku jest inna i tak naprawdę staje się rutyną dopiero, gdy wkładamy botki i wełniane płaszcze.

Dziecko też coraz bardziej kuli się i zwija w kłębuszek, gdy rano trzeba wyskoczyć z ciepłych piernatów z żyrafą na poszewce. Połknąć śniadanie i pogonić do rzeczywistości, która niekoniecznie mówi mu, że jest tak cudowne, jak przekonują je w jego przytulnym domu.

Każdy poranek zaczyna się od stosu kanapek, które robię prawie na oślep, przepijając senność kubkiem kawy. Makijaż nie chce się przykleić tak ładnie jak dziesięć lat temu i bluzki też jakoś jakby gorzej leżą. Dobrze choć, że muzyka w drodze do pracy wciąż tak samo rozchodzi się po ciele i uśmiecha mi duszę.

A przecież wrzesień to taki dobry miesiąc, kiedy kolory każą nam otworzyć szerzej oczy. Więc dlaczego nie wyłapać tych okruchów dobra, które fruwają w letnio-jesiennym powietrzu razem z nitkami babiego lata? Dzień coraz krótszy, ale powietrze zdrowe i pełne zapachów owoców, które wypełniają swoje przeznaczenie pod drzewami, bo w spiżarniach zabrakło słoików.

Rumiane jabłuszka przypominają mi o pokręconych artretyzmem palcach mojej uśmiechniętej Babci, która podawała mi te owoce, z uśmiechem przekonując, że właśnie one są najpyszniejsze. Szarlotki wciąż aspirują do tych z przeszłości, które bez przepisu piekła moja druga Babcia, i które jednak wciąż są okryte tajemnicą. Mnie zaś pozostaje dalej próbować.

Cały ogród żyje jeszcze łapczywie, zanim zacznie się zima. Pająki utkały swoje ścieżki pomiędzy krzewami. Krety i nornice postanowiły, że pomidory powinny już zniknąć, więc wydrążyły pod nimi korytarze. Maliny walczą dzielnie z wieczorną rosą, a dynie obok nich udają ogromne pomarańcze. Muchy są nieznośne, jak to muchy, ale u nich jesienna menopauza, więc gryzą dotkliwie.

Mój wrzesień w tym roku jest dobry, bo chcę, żeby taki był. Spokój można znaleźć wszędzie. Nawet w pośpiechu szkolnych korytarzy i zagubionych twarzach pierwszoklasistów. Wiem po co istnieję w każdym wymiarze mojego życia, nawet tym szkolnym. I choć podział godzin wyrzucił błąd krytyczny, Jasiek znów nie przyniósł potrzebnej kserówki, a internet w szkole pojechał na wakacje, to przecież nie o zbiór małych niedogodności w tym wszystkim chodzi, ale bogactwo cudnych drobiazgów, które do mnie puszczają oczko i pozwalają zachwycić się tym co mnie otacza. Kolorowo-jesienno-spokojnie. Czasem troszkę mgliście …

A może to ja się starzeję? 🙂

Ciumaski ♥♥♥

Barbara Lew

Share this Post