NA ZAWSZE

In OPOWIADANIA by BasiaLeave a Comment

Kiedyś trzeba zacząć 🙂 Pierwsze opowiadanie w Babowni 🙂 Jeśli wytrzymacie do końca, może pokusicie się o recenzję? Zapraszam!

NA ZAWSZE

Barbara Lew

Piotr był znużony wrzaskiem, który dochodził gdzieś z dołu. Piekielne baby – pomyślał- i natychmiast ugryzł się w język, bo świętemu nie wypadało tak mówić. Najwyższy Stwórca mógłby Piotra zesłać na dół, gdyby usłyszał przekleństwa. Ale na szczęście Najwyższy był już trochę przygłuchy od ludzkich wrzasków i on – Piotr, też pewnie niedługo ogłuchnie, jeśli nie otworzy w końcu bram niebieskich. Zrezygnowany wyjął klucze z kieszeni dżinsów i przygarbiony powlókł się ku wielkim złotym drzwiom. Babskie wrzaski zaczęły się niepokojąco przybliżać.

Za drzwiami stały dwie kobiety. Ewa jestem– mniejsza, ładna blondynka z warkoczem wysunęła wojowniczo brodę do przodu. Piotr przyjrzał się jej dokładnie. Pretendentki zawsze przychodziły na golasa. Dopiero w niebie mogły dostać sukienkę. Piotr więc wprawnym spojrzeniem ocenił budowę dziewczyny i grzeszna myśl zaczęła się rodzić w jego głowie. Ewa miała wszystko na swoim miejscu i bardzo dobrze zachowane.

Dobrze, że ta druga otrzeźwiła go, zanim całkiem oddałby się marzeniom o blondynce. Martyna, bo tak miała na imię rosła silna ruda dziewoja, odepchnęła blondynę, szturchnęła Piotra i ze śpiewnym przemyskim akcentem wyjaśniła –Szukam męża. Umarł 10 lat temu i pewnie już u was mieszka– po czym wręczyła Piotrowi brudny kawałek papieru z wielką fioletową pieczęcią i zamaszystym podpisem – Mój glejt z czyśćca. Odpracowałam wszystkie grzechy i mogę się wprowadzić.

Niezbyt była urodziwa biedaczka, kanciasta i poczochrana, ale faktycznie, pomięty glejt wskazywał na to, że załatwiła na dole wszystkie swoje sprawy i zasługuje na piękną niebiańską sukienkę. Piotr kiwnął niedbale ręką i wskazał Martynie kierunek – Zapraszam, idź za strzałkami. Po drodze zobaczysz instrukcję co masz robić. A męża poszukasz po rejestracji, konfrontacji i renowacji.

Blondynka również pokazała szybko Piotrowi swój glejt. Nie miał nawet czasu dobrze się przyjrzeć, bo wyrwała mu go z dłoni i pobiegła małymi kroczkami za Martyną. Nie wiedzieć czemu bardzo się śpieszyła, żeby nie stracić z oczu tej rudej. Piotr odetchnął z ulgą. Przynajmniej przestały wrzeszczeć, zajęte podążaniem za strzałkami. Uniósł się wysoko w powietrze i poleciał zameldować Najwyższemu Stwórcy, że przybyły dwie świeżutkie dusze i zaraz zostaną poddane procedurom niebieskim.

***

Pokój rejestracji był perłowy i pulsował delikatnym światłem. Gołe kobiety stały obok siebie i patrzyły spode łba na dwie kosmicznie wyglądające konsole, które wysunęły się z podłogi. Konsole zaświeciły, zabzyczały i kazały kobietom wsunąć ich glejty do szczeliny w obudowie. Piotr przyglądał się jak glejty znikały powoli w maszynach i po chwili włączył sto pytań weryfikacyjnych. Wszystko szło gładko i trochę się Piotrowi przysnęło, gdy nagle zbudził go ostry dźwięk alarmu.

Sytuacja niebywała jak ta, zdarzała się raz na pięć lat. Zestaw pytań o mężczyznę, z którym kobiety sypiały na Ziemi, a który przysługiwał im teraz w Niebie, jednoznacznie wskazywał na tego samego faceta. Niejakiego Dominika Kwiatka. Piotr pamiętał tego mało urodziwego człowieczka, który nie wyglądał na takiego, co to potrafiłby obsłużyć dobrze dwie żony . Zresztą w Niebie nie przysługiwała druga żona i już. Można było pisać prośby i petycje do Najwyższego, ale zazwyczaj wpadał wtedy we wściekłość i wywalał delikwenta na zbity pysk do Piekła. A żona zostawała lokalną wdową i mogła liczyć tylko na litość jakiegoś ziemskiego kawalera, który planowo powinien niedługo kopnąć w kalendarz. Co gorsza, wściekłość Najwyższego kończyła się dla Ziemian jakimś tsunami, albo huraganem, a Piotr miał potem więcej roboty, bo ludzie dobijali się do nieba setkami. Trzeba było wziąć sprawy w swoje ręce i jakoś to po cichu załatwić, żeby się nie paskudziło.

Dominik Kwiatek był skryty, ale Piotr postanowił wypytać go o żonę. Podejrzewał bowiem, że system weryfikacji się zawiesił. Baby znów zaczynały pyskować jedna do drugiej w perłowym pokoju i nawet złapały się za kudły. Piotr wziął pod pachę jedyny trunek dozwolony w Niebie i migiem pofrunął do Dominika.

Mężczyzna, który otworzył mu drzwi był zaniedbany, wątłej postury i miał zapadniętą klatkę piersiową. Kiedy siadali zaskrzypiało mu w stawach, ale rozmowa potoczyła się gładko i przyjaźnie, a przy trzecim kieliszku czerwonego wina Piotr wyłuszczył problem. Dominik podskoczył jak oparzony, ale szybko się opanował, wypiął chudą pierś, poprawił rzadkie włosy, poskrobał się po szczeciniastej brodzie i w końcu wychrypiał -No pewnie, że biorę blondynkę. To moja żona. Tamta druga tylko u nas sprzątała i gotowała. Coś się jej ubzdurało, że jest moją ślubną. Leczyła się biedaczka u psychiatry. Może to schizofrenia? Zresztą sam widziałeś Piotrze, ta ruda jest brzydka jak noc listopadowa, ale żeby choć miła była. A to kapral, nie pomoc domowa.

Coś było nie tak w Dominikowym tłumaczeniu, bo nie patrzył w oczy Piotrowi. Kłamstwo było jednak poważnym przestępstwem w Niebie. Rezydenci wiedzieli, że kara może być paskudna i czasem nawet sami uciekali przed nią do Piekła. Szkoda, że wszystkie akta Dominika i jego odpowiedzi na sto pytań zostały nieodwracalnie zniszczone po weryfikacji. Piotr nie mógł sprawdzić, czy facet mówił teraz prawdę. Musiał i chciał mu zaufać, bo należało pozbyć się wrzeszczącego problemu w perłowym pokoju. Liczył, że sprawa przycichnie po jakimś czasie, a gdyby tak się nie stało Najwyższy Stwórca sięgnie do swojej pamięci, bo on widzi wszystko i załatwi problem. Groziło to degradacją Piotra i odebraniem kluczy do bram niebieskich, ale wiadomo, że poważne funkcje niosą ze sobą ryzyko.

***

Na nic zdały się lamenty, wrzaski i złorzeczenie Martyny, gdy Piotr jej tłumaczył na osobności, że Dominik jako osobnik legalnie zakwaterowany w Niebie oficjalnie jest Świętym i z praw świętych osób może korzystać. Ze świętym zaś Martyna nie mogła dyskutować, bo ona wciąż jeszcze nie była przyjęta do Nieba na stałe. Słowo Dominika stało na pierwszym miejscu.

Konfrontacja, którą następnie zarządził Piotr przebiegła niespodziewanie spokojnie. Obie panie, wciąż jeszcze nagusieńkie, usiadły wspólnie z Piotrem i Dominikiem. Obie upierały się, każda przy swojej wersji, a Dominik przy swojej. Umowa została więc spisana po myśli Ewy i Dominika, a mówiła ona, że tenże Dominik Kwiatek od tej pory będzie kochał z wzajemnością, dzielił mieszkanie, życie i łoże z blondynką Ewą na czas nieokreślony, czyli wieczność. W przypadku złamania umowy i danego słowa przez którąkolwiek ze stron, zostanie ona natychmiastowo zesłana do Piekła na wieki wieków. Amen– dokończył Piotr i przybił dużą granatową pieczęć.

Martyna, teraz jeszcze bardziej kanciasta, przygarbiona i poczochrana siedziała spokojnie, aż w końcu powiedziała śpiewnie i z przemyska – Mówili, że po śmierci spotka mnie sprawiedliwość, a tutaj proszę! Ta lafirynda! Zdzira! Sąsiadka, która jeszcze przed moim ślubem, a i po nim, spała z moim mężem Dominikiem. Gdy byłam w pracy podkradała mi nawet kiełbasę z lodówki. Otruła kota Mruczka, bo na nią prychał. I znów ona jest górą. Nie ma sprawiedliwości nawet w Niebie.

Piotrowi zrobiło się trochę żal Martyny. Nie miała biedaczka szczęścia. Brzydka, kanciasta i jeszcze ta sprawa. Nawet jeśli było to jej urojenie. A Ewie jakoś niedobrze patrzyło z oczu. Umowa została jednak zapisana i opieczętowana, a wieczność tej pary była przesądzona. Dominik i Ewa już chcieli odejść, ale Piotr przypomniał im o ostatnim etapie procedury przyjęcia. Nie da się chodzić na golasa w Niebie, bo przecież cała reszta jego obywateli była ubrana w to co zostało im przyznane w przydziale. Należało jeszcze poddać się renowacji.

Każdy przechodził renowację. Jej efekt zależał od tego jak się potoczyło jego ziemskie życie. Ludzie dobrzy i uczciwi pięknieli i dostawali wygodne ubrania z przewiewnego lnu i bawełny. Ludzie podli, zawistni i złośliwi mieli pokrzywione, pomarszczone twarze i cherlawe ciała. Ich przydziałowa odzież była uszyta z niewygodnego poliestru i sztywnego bistoru.

Piotr założył obu kobietom na ręce bransoletki z imionami. Nigdy nie było wiadomo kto i w jakim stanie wyjdzie z pokoju renowacji. Martyna i Ewa nie znały tego sekretu, a Dominik chyba już zapomniał jak było w jego przypadku, albo taki szpetny jak obecnie był już na Ziemi. Renowacja była dobrą zabawą dla obserwatora i Piotr żałował, że nie ma stałego towarzysza, z którym mógłby obstawiać zakłady jak zmienią się Pretendenci. Tylko dzieci zawsze wychodziły po renowacji śliczne. Biła od nich poświata i radość.

Piotr otworzył drzwi do pomieszczenia, które tętniło zielonym światłem. Dwa wygodne fotele czekały spokojnie. Relaksująca muzyka cichutko grała w tle, a miękki męski głos wyjaśnił, że już zaraz, za dziesięć sekund, obie panie zostaną poddane odnowie. Później zaczął odliczać od dziesięciu do zera.

***

Dominik wyglądał, jakby spodziewał się, że Ewa pojawi się pierwsza, bo gapił się w stronę pokoju jak zaklęty.

Gdy wreszcie Piotr otworzył drzwi wyszła stamtąd mrużąc oczy postawna wysoka kobieta koło trzydziestki. Miała kręcone kasztanowe włosy. Lekka sukienka w kolorze trawy dyskretnie eksponowała zdrowe ciało. Na przegubie jej dłoni wisiała cieniutka złota bransoletka z wyrytym malutkimi literami imieniem. Obaj panowie poczuli to samo. Ich ciało wskazało na to, że była atrakcyjna. Wysoka kobieta podeszła do lustra, zaczęła się śmiać, po czym obmacała swoje piersi i biodra. Później odwróciła się w stronę Dominika. Obejrzała go sobie z góry do dołu i z powrotem, wyminęła jakby nie istniał i podeszła do Piotra. Uścisk jej dłoni był silny i zdecydowany – No, teraz to wyglądam jak należy. Dziękuję ci, że to nie ja podpisałam umowę. Jestem wolna. Gdybyś miał ochotę na wspólną kawę znajdziesz mnie – powiedziała z przemyskim akcentem, mrugnęła figlarnie, uniosła się w powietrze i odleciała.

Druga kobieta, która wyszła z zielonego pokoju była zwalista i ogromna. Ubrana w ciasną syntetyczną koszulkę z czerwonego bistoru. Zaraz… To nie była kobieta. Z zielonego pokoju wyszedł potężny, spocony i łysy murzyn. Plastikowa opaska z napisem „Ewa” wyglądała karykaturalnie na jego nadgarstku. Murzyn rozejrzał się wokół i jego wzrok zatrzymał się na Dominiku. Rozciągnął wargi w szerokim uśmiechu i nie pozwolił Dominikowi zrobić kroku do tyłu. Przygarnął go do potężnej piersi, pocałował w usta i wyszeptał czule – Nareszcie razem. Na zawsze.

***

Najwyższy Stwórca siedział znużony w swoim Centrum Dowodzenia Niebem. Nie był tak roztrzepany i przygłuchy, jak sądził Piotr, ale lubił delegować Rezydentom Nieba zadania. Robili błędy jak jego Klucznik, ale poczucie przydatności było nieodzownym elementem szczęścia. A przecież w Niebie chodziło o wieczne szczęście tych, którzy na nie zasłużyli. Najwyższy trzymał w dłoniach glejty, które kobiety wsunęły do maszyny w perłowym pokoju. Glejt Martyny rozsypał się w jego dłoniach i Najwyższy zdmuchnął pył, który po nim pozostał do skrzyni z napisem „Wieczność”. Miał nadzieję, że Piotr pójdzie na tą kawę. W końcu przecież sporządził nową Martynę według archetypu kobiety idealnej Piotra.

Później wziął do ręki glejt Ewy. Pieczęć z Czyśćca była podrobiona. Ewcia Kombinatorka– cmoknął Najwyższy- nigdy nie chciała się zmienić. W zasadzie zasługiwała na strącenie do Piekła. Podumał chwilę nad glejtem i popatrzył na zwalistego Murzyna, który tulił wierzgającego Dominika Kwiatka, wciąż nieświadomy zmiany swojej aparycji. Najwyższy mruknął –No i dobrze , niech tak póki co zostanie. A z czasem się zobaczy.

Spokojnie zdmuchnął glejt do skrzyni z napisem „Wieczność”. Potem uniósł się w powietrze i poleciał zlustrować Piekło.

Barbara Lew

P.S. Opowiadanie jest moją własnością, w świetle przepisów o prawach autorskich i własności intelektualnej. 

Share this Post