MOJE DZIECKO PRZECHODZI NA WEGANIZM, czyli MAMA WEGANKI GOTUJE #1

In Babowniowe Inspiracje, Babskie Rodzicielstwo, Mama Weganki Gotuje by Basia13 Comments

Ten wpis to subiektywne spojrzenie na przeżycia gotującej mamy, której dziecko postanawia, że przechodzi na dietę wegańską. Piszę go przede wszystkim z myślą o rodzicach i dziadkach, którzy właśnie doświadczają, lub wkrótce doświadczą takiej zmiany w rodzinnym kucharzeniu. Opowiem o niepokojach, którym trzeba stawić czoła. O mitach, które trzeba było obalić. I o tym co mnie wciąż wkurza i jak sobie z tym radzę, po kilku latach wegańskiego gotowania. Na koniec zaś słów kilka o tym, co mi dało wegańskie pichcenie i dlaczego TAK DUŻO 🙂 Jak to więc jest, gdy pewnego dnia twoje dziecko przychodzi i mówi: mamo zostaję weganką…?

PYTANIA, MITY  I STRACH, KTÓRY MA WIELKIE OCZY

Pierwsza podstawowa i naturalna reakcja to bardzo dużo pytań, które nagle zaczynasz sobie zadawać. Po pytaniach przychodzą niepokoje.

  • nie rozumiesz dlaczego to robi
  • nie wiesz co będzie jadło
  • boisz się, że schudnie
  • boisz się, że będzie jadło niezdrowo i zachoruje
  • że zabraknie mu składników potrzebnych do życia
  • boisz się, że nie dasz rady mu gotować
  • boisz się, że będzie chodziło głodne
  • martwisz się, że to bardzo droga dieta
  • zastanawiasz się jak je w tym wesprzeć i jak wytłumaczyć rodzinie dlaczego to dla niego ważne, bo zaczyna je spotykać brak empatii i tolerancji

Wielu rodziców i reszta rodziny często przechodzi przez typowe fazy oswajania „PROBLEMU”.

szok (przecież ona nic nie będzie jeść) ⇒ zaprzeczenie (przejdzie jej to, wszystkim przechodzi) ⇒ rezygnacja (trudno, niech robi co chce!) ⇒ akceptacja (no dobra, może poszukam jakichś przepisów i coś ugotuję) ⇒ trampolina (niech wszyscy spróbują, jakie to dobre)

Śmieszne, prawda? 🙂 A jednak, jeżeli rodzina do tej pory była mięsariańska, jej członkowie mogą doświadczyć małego trzęsienia ziemi i mają do tego prawo. Szczególnie domowy kuchcik dostaje nagle kilka zawałów, a zaraz po nich, nowe wyzwania, którym musi bardzo szybko sprostać, a nie każdy jest żywą rakietą.

Strach ma wielkie oczy i w tym przypadku. Po pierwsze warto zrozumieć motywację dziecka, bo ona może być bardzo różna. Poczynając od miłości do czworonogów, poprzez chęć udowodnienia sobie YES YOU CAN!, aż po argument, że bardziej mu tak smakuje. Zrozumienie jego punktu widzenia pomoże obu stronom. Po drugie, jeżeli nasze dziecko poważnie podejmuje decyzję o zmianie diety, możemy być pewni, że chętnie podzieli się z nami swoją wiedzą. Sieć i księgarnie pełne są informacji co i jak jeść, żeby było smacznie i zdrowo. Z pewnością tutaj musimy dać sobie czas na zgłębienie tajników diety roślinnej. W kuchni zaś pozwólmy sobie na błędy, bo gotuje się jednak trochę inaczej 🙂

KILKA MITÓW

Dziecko z pewnością nie schudnie i nie rozchoruje się, jeżeli tylko będzie dbało o suplementy. Tutaj odeślę Was do Bezgrzeszna Rozpusta , która lepiej przybliży tajniki witaminy B12 i zdrowia roślinożercy, niż zrobię to ja, bo nie jestem dietetyczką 🙂 W kwestii głodu mogę powiedzieć, że jest on najczęściej wynikiem lenistwa kuchennego, bo jednak ugotować trzeba 😀 Jeżeli chodzi zaś o koszty, to faktycznie jest chyba trochę drożej, ale dzieje się tak dlatego, że często wybieramy produkty dobrej jakości, ale i egzotyczne. Wegańskie potrawy też mogą być bardzo niedrogie i przygotowane z miejscowych, łatwo dostępnych roślinek. Podobnie jest z roślinnym mlekiem, które możemy zrobić samodzielnie.

Pozostaje kwestia przekonania rodziny, a to już dłuższa droga. Jeżeli nasze dziecko podchodzi do weganizmu konsekwentnie i poważnie, powinniśmy mu pomóc i tworzyć z nim zwarty front. Z moich osobistych obserwacji wynika, że będzie ono narażone na różne pytania, czasem głupie, a czasem szydercze, trzeba będzie tysiąc razy mówić, że ryba nie jest wegańska i patrzeć jak któryś członek rodziny macha dziecku przed nosem kawałkiem szynki i mówi: zobacz jak pachnie, nie masz ochoty? Czasem na wspólnych imprezach towarzyskich dziecko będzie głodne, bo nikt się nie pofatyguje, żeby zapewnić mu coś do jedzenia, skoro samo sobie winne i nie je NORMALNIE. Kilka listków sałaty, lub talerz mandarynek będzie odpowiedzią na jego potrzeby.

Dziecko ma wtedy prawo być wkurzone, dać się sprowokować i wpaść w czarną rozpacz. Jeśli chcemy mu pomóc, trzymajmy z nim twardo i nie wdawajmy się w głupie dyskusje. W świecie Googla i internetu każdy może się douczyć czym jest weganizm i co weganie jedzą, więc jak ktoś ma wątpliwości, niech sobie poszuka informacji. Ani dziecko, ani my nie mamy obowiązku się tłumaczyć z diety wegańskiej. Co do żartów, nikt z nas nie lubi być ich obiektem, szczególnie w sprawach tak fundamentalnych, jak to co jemy. Natomiast wierzę, że obowiązkiem gospodarza jest zapewnienie gościowi takiego pożywienia, które ona, czy on,  może zjeść w zgodzie ze swoimi potrzebami i przekonaniami dietetycznymi, światopoglądowymi, lub religijnymi. Nietaktem i zaniedbaniem zaś, jest proponowanie mu pożywienia, którego zjeść nie może.

ZYSKI

Zyski z wegańskiego gotowania są ogromne.

  • Uczymy się tolerancji i to w bardzo szerokim rozumieniu tego terminu, ponieważ w tym przypadku tolerancja wymaga od nas wysiłku. Zrozumienie pobudek ludzi jedzących inaczej, niż my dotychczas. Nauka zasad żywieniowych, wiedza o suplementach i tak zwanych „zastępnikach”. Za nimi idzie rozwój i mentalna zmiana.
  • Poznajemy nowe smaki, nowe produkty spożywcze i zaczynamy interesować się kuchniami świata.
  • Jemy „lżej” i delikatniej, a często zdrowiej, bo ograniczenie mięsa w diecie odkwasza organizm i pomaga oczyścić jelita.
  • Nowe przepisy i potrawy urozmaicają naszą kuchnię.
  • Weganizm zwiększa szacunek do produkowanego jedzenia i innych produktów pozyskiwanych od natury. „Zielone” myślenie jest jego bezpośrednią konsekwencją.
  • W moim przypadku zainteresowanie wegańskim żywieniem poszło o krok dalej i zaczęłam tworzyć swoje przepisy i swoje wersje tradycyjnych i popularnych potraw. Tak rozpoczęło się nowe hobby, które później przekształciło się w blog.

W kolejnych wpisach z tej serii opowiem:

  1. O tym od czego zaczęłam budować podstawową spiżarnię Mamy Weganki i jakie produkty lubię tam mieć. Napiszę też jak je wybierać, przechowywać i na co uważać przy zakupie.
  2. Zaproszę Was do moich ulubionych miejsc w sieci, które przydają się Mamom i Tatusiom, chcącym roślinnie gotować. Oprócz Jadłonomii, którą większość z nas już zna, są inne świetne większe i mniejsze blogi. Korzystam zarówno z polskich, ale i tych w języku angielskim, bo można podejrzeć tam coś ciekawego.
  3. Pokażę moje ulubione urządzenia kuchenne i ich przydatność w roślinnym gotowaniu.

Zapraszam 🙂 A teraz już ciumasy ♥♥♥ i pędzę gotować 🙂

Barbara Lew

Share this Post

  • Pamiętam same śmieszne sytuacje związane z moją nienormalną dietą 🙂 Np. znajoma specjalnie dla mnie i dla Ingi zrobiła krewetki z grilla 🙂 Większość ludzi wciąż myśli, że ryba i skorupiaki to nie mięso, marchewka chyba zatem, co`nie? W restauracjach kelnerzy zawsze czekają aż zamówię coś jeszcze oprócz podwójnej porcji dodatków. A mama mojej bratowej w czasach jak jeszcze nie jadłam jajek, przygotowała dla mnie jajka w skorupce – w życiu nie widziałam tak pracochłonnego dania.
    Na szczęście własną mamę po latach indoktrynacji odrobinę już nauczyłam i na niedzielne obiadki mam ziemniaki (bo jakoś kasze trudniej chyba ugotować) i aż 3 rodzaje surówek! Ale muszę przyznać, że lekko nie było, zatem podziwiam Basiu Twoją wyrozumiałość dla córki i wsparcie jakie jej dajesz – tak trzymaj!

    • Aniu, ja to ja, bo lubię eksperymenty w kuchni i widzę dobrodziejstwa bezmięsnej diety. Natomiast moja mama to już jest mistrzostwo świata. Ma sporo ponad siedem dekad, ale nauczyła się gotować roślinnie i robi mistrzowskie wypieki pasztety 🙂 wciąż jadamy u niej wigilie i wielkanocne śniadania i zawsze jest opcja wega 🙂 Chcieć to móc, prawda? 🙂

  • W sumie pewnie wszystko kwestia dobrej organizacji…Przemyślenia, przedyskutowania. na pewno pojawia się szok…i obawa o niedobory. Jednak tak, jak piszesz, da się wszystko, kwestia swiadomości

    • Świadomości, wiedzy i oswojenia „demonów”, bo na początku one sie pojawiają 🙂

  • Jak odstawiliśmy mięso moja rodzina zaskakująco łatwo to zniosła i zaakceptowała. Ale wiem, że nie zawsze jest tak łątwo 🙂

    • Wegetarianizm jest trochę łatwiejszy „w obsłudze”. Weganizm wymaga trochę więcej wiedzy niestety (a może stety?) i czasami wyrzeczeń 🙂

  • Magdalena Kamieniecka

    Czy wymagać od niereformowalnych zasklepionych w tłustościach mięsożerców, żeby taktownie przygotowywali dania wegańskie, specjalnie i z wysiłkiem? Tak, tego wymaga gościnność, zaproszeni przez nas weganie i nie weganie powinni czuć się w naszym domu dobrze, a nawet bardzo dobrze! Szanujmy się, wyduśmy z siebie trochę tolerancji, która kiedyś była naszą chlubą (dawno, ale była), a o którą teraz tak trudno. Też w kuchni! Jestem bardzo blisko tematu poruszonego w Twoim poście i wiem, że nie trzeba nadludzkich poświęceń, żeby sprostać potrzebie bycia weganinem. Liczą się chęci i głowa, o czym piszesz. W naszym umyśle rodzi się weganizm, jest to bardzo złożony proces, szczególnie dla byłych wszystkożernych. Ale jeśli już tak jest, to jest to wspaniała przygoda, a potem sposób na zdrowe, lekkie kulinarne życie. Basiu, bardzo dużo już wiem, gotuję, kupuję i jem, ale cały czas uczę się weganizmu… podglądam przepisy Babowni. Przepisy, które rysuję są w dużej mierze wegańskie. Przede mną daleka droga, ale czuję taką potrzebę, rodzinną potrzebę i chcę jej spełnienia. Może usłyszę od Ciebie: „witaj w klubie”?

    • Madziu moje przepisy to takie próby przeróżne, ale uwielbiam bawić się wymyślaniem i sklejaniem tych cudnych roślinnych różności w ciastka i placki 🙂 rzeczywiście roślinne jedzonko jest lżejsze i delikatniejsze, a wypieki też, prawda? Fajnie, że te przeróżne diety zaczynają nas tak wciągać i pozwalają oglądać kulinarny świat z innej perspektywy. I jeszcze inne spojrzenie na zwierzęta. Z empatią i miłością. Troszkę twardo napisałam o gościnie i gospodarzach, ale … twardo w tym roku poczułam i twardo powiedziałam mojej córce co ma prawo zrobić na Wielkanoc 🙂 Buziaki Madziu i WITAJMY OBIE W KLUBIE 🙂

      • Magdalena Kamieniecka

        Witajmy! 🙂

  • ha ha 😛 talerz mandarynek – jak ja to znam 😛

    • 😀 u nas te mandarynki to już przysłowiowe są 😀 tak jak hasło „jak ty nic nie jesz ….” 😀

      • no właśnie 😉 póki co nie jest źle, gorzej będzie jak pojawi się hipotetyczne dziecko – wtedy każda najmniejsza dolegliwość (założę się) będzie zrzucana na fakt, że nie jem mięsa. A jakbym jeszcze dziecku mięsa nie podawała to już w ogóle mogiła… eh 😉

        • Pewnie tak … Ale myślę, że trzeba iść swoja drogą, pomimo wszystko. Cały świat jest pełen tych „co wiedzą lepiej” od nas, prawda?